Konturowanie kojarzy się z mocno wyrzeźbionymi twarzami z mediów społecznościowych, ale w codziennym makijażu chodzi o coś zupełnie innego — o subtelne podkreślenie rysów, którego nikt nie powinien zauważyć jako „konturu". Dobrze zrobione dodaje twarzy wymiaru, źle zrobione zostawia brudne smugi na policzkach.
Na czym to polega
Idea jest prosta: ciemniejszy odcień optycznie cofa i wyszczupla, jaśniejszy wysuwa i podkreśla. Cień nakładasz tam, gdzie chcesz „schować" — w zagłębieniu policzka, przy linii włosów, pod żuchwą czy po bokach nosa. Rozświetlenie trafia na kość policzkową, grzbiet nosa i nad łuk brwiowy. Dla początkujących kluczowe jest jedno słowo: rozcieranie. Niewytarte granice to najczęstszy błąd, przez który zamiast cienia widać kreskę. Zacznij od bardzo małej ilości produktu, bo dołożyć zawsze łatwiej niż usunąć nadmiar. Naturalne światło jest najlepszym sędzią — makijaż, który wygląda dobrze przy lustrze w łazience, w słońcu potrafi zdradzić każde niedociągnięcie.
Czym konturować na start
- Bronzer albo kremowy konturujący sztyft o chłodnym, szarawym podtonie, nie pomarańczowym.
- Produkty kremowe są wybaczalniejsze dla początkujących niż sypkie — łatwiej je rozetrzeć.
- Niedrogie opcje od Catrice, Paese czy Wibo, w cenie 20–40 zł, w zupełności wystarczą na naukę.
Lepszy wybór dla początkujących to kremowy bronzer w chłodnym tonie niż mocno pomarańczowy puder, który wygląda jak brud na twarzy.
Najczęstsze błędy
Za dużo produktu, zbyt ciemny odcień i niewytarte granice to trójca, która psuje większość prób. Konturowanie pod modne na zdjęciach „ostre kości" rzadko wygląda dobrze w realnym świetle dnia. Dla codziennego makijażu wystarczy delikatne muśnięcie bronzerem i odrobina rozświetlacza — to daje świeży, wypoczęty efekt bez wrażenia, że twarz została narysowana od nowa.