Farba z drogerii kosztuje 20 zł, wizyta w salonie nawet kilkaset, więc pokusa, żeby pofarbować włosy samej, jest spora. Czasem to świetny pomysł, a czasem prosta droga do pomarańczowych pasm i wieczoru spędzonego na czytaniu, jak to odkręcić. Cała sztuka polega na tym, by wiedzieć, do której kategorii należy twój plan.
Kiedy domowa farba ma sens
Odświeżenie tego samego, ciemnego albo średniego odcienia, pokrycie siwizny czy delikatne przyciemnienie to zadania, z którymi farba z drogerii radzi sobie dobrze. Marki takie jak Garnier, L'Oréal czy Schwarzkopf mają sprawdzone, powtarzalne kolory, a instrukcja prowadzi za rękę. Najważniejsze jest dobranie odcienia z głową: kolor na opakowaniu pokazuje efekt na konkretnym kolorze bazowym, więc na ciemnych włosach „złoty blond" wyjdzie zupełnie inaczej niż na zdjęciu. Zrób próbę na niewidocznym kosmyku, jeśli nie masz pewności, i nie trzymaj farby dłużej, niż przewiduje instrukcja, bo to nie pogłębia koloru, a niszczy włos. Zawsze rób też test uczuleniowy na 48 godzin przed, nawet jeśli farbujesz nie pierwszy raz.
Czego nie robić samej
- Mocnego rozjaśniania ciemnych włosów — to najczęstsza droga do żółci i pomarańczu.
- Dużych zmian koloru o kilka tonów w jednym kroku.
- Farbowania włosów już zniszczonych rozjaśnianiem, bez wcześniejszej regeneracji.
Lepszy wybór przy radykalnej zmianie to wizyta u fryzjera — naprawa nieudanego rozjaśniania kosztuje zwykle więcej niż zrobienie tego od razu dobrze.
Gdy kolor wyjdzie nie taki
Jeśli efekt jest zbyt ciepły, fioletowy szampon czy odżywka tonująca potrafią schłodzić odcień bez kolejnej farby. Z drobnymi niedociągnięciami da się żyć, ale zmywanie i ponowne farbowanie tego samego dnia to prosta droga do zniszczenia włosów. W razie naprawdę nieudanego koloru najrozsądniej jest odpuścić domowe eksperymenty i pójść do fryzjera, zanim z jednego problemu zrobią się trzy.